Powinienem się cieszyć niemożebnie, szczególnie, że tak naprawdę zostało spełnione moje nieśmiałe marzenie z ostatniego zdania dwu-i-pół letniej recenzji oryginału. Pierwsze wrażenia jednak zostały jednak zniszczone zaprezentowanym stylem graficznym, który w żaden sposób nie oddawał ducha Link's Awakening z lat 90. I gdybym nie był zeldomaniakiem, zawahałbym się w ogóle czy warto brać remake na premierę. Ale jestem. I wziąłem. I nie żałuję.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą The Legend of Zelda. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą The Legend of Zelda. Pokaż wszystkie posty
Premiera The Legend of Zelda: Breath of the Wild za nami. Powoli już opada kurz po wielkim przewrocie jaki spowodowała ta gra w branży. Niektórzy przesiadają się na nowsze premiery, inni wracając do codziennych zajęć, ponieważ nowa produkcja Nintendo była tylko jednym wielkim romansem z grami dla nich, a jeszcze inni zajarani BOTW, szukają pozostałych części serii na różnego rodzaju serwisach aukcyjnych. Ale i przed premierą ostatniej gry na Wii U, jak i po niej jest pytanie, które wraca jak bumerang – w jakiej kolejności grać w gry z serii The Legend of Zelda? Od czego najlepiej zacząć? Jak grać, aby nie musieć przekopywać się przez trzydzieści lat staroci, a móc cieszyć się seria? W tym artykule postaram się rozjaśnić wam całą sytuacją z przygodami kolesia w zielonym kubraczku.
W recenzji BOTW wspomniałem, że jest to jedyna z tych części, w którą można wskoczyć od razu bez konieczności nadrabiania którejkolwiek poprzedniczki. Ale nie znaczy to, że nie warto grać w cokolwiek przed Breath of The Wild. Bo warto jak cholera ze względu na setki smaczków, ukrytych przekazów i wspominek o poprzednich częściach. W Hyrule z BOTW jest mnóstwo ruin i miejsc zniszczonych przez czas, ale i Ganona. Dzięki znajomości innych wydarzeń, ta gra pozwala nam bawić się w małego archeologa. Nawet niektóre miejsca zostały nazwane imionami postaci z wcześniejszych odsłon. Widząc taką kompilację nawiązań do innych gier, gęba sama się uśmiecha do telewizora/konsoli. I właśnie dla takich uczuć warto.
Ale nie zapędzajmy się, Nie wszystko warto rozgrzebywać od razu, ponieważ można zrobić sobie duża krzywdę. Nie wszystkie części były na równie wysokim poziomie, a wybierając na start niektóre z nich, możemy się srogo zawieść, odbić od The Legend of Zelda i już nigdy nie wrócić mając pretensje do świata, że "inni to grają od 20 lat i się zachwycają, a ja to nie".
Od jakich gier nie zacząć, żeby się nie zrazić do serii?
- Majora's Mask (Nintendo 64, 2000 | Nintendo 3DS, 2015),
- Zelda II: Adventure of Link (NES, 1990),
- Four Swords Adventures (GameCube, 2004),
- Four Swords (GameBoy Advance, 2002),
- Phantom Hourglass (Nintendo DS, 2007),
- Spirit Tracks (Nintendo DS, 2009).
Zaraz zaczną się krzyki "ale jak to? Majora's Mask? Podobno sztos!!11!". Owszem, nie jest to gra wyjątkowo zła, o czym też wspominałem już jakiś czas temu. Ma trochę nawiązań do poprzedniczki, co zdecydowanie utrudnia wciągnięcie się w tenże świat, ale nie to jest największą przeszkodą. Jest nią gameplay, chociaż klasyczny, to jednak z utrudniającymi życie mechanikami, które nie występują w żadnej innej części. Do tego atmosfera gęstą aż można by ją nożem kroić – Majora's Mask zdecydowanie warto odłożyć na później. Również dla mnie była to jedna z ostatnich części, jaką przeszedłem.
Adventure of Link jest drugą grą z serii, więc dzisiaj przeznaczona jest przede wszystkim dla fanów retro. Ale nie to w niej odrzuca, a raczej postawienie na zupełnie inny gameplay, rodem z platformówki 2D, ale i również wysoki poziom trudności. Ponownie, warto spróbować, ale po sprawdzeniu czegoś z klasycznym gameplayem.
Seria Four Swords do dobrej zabawy wymaga kilku naszych znajomych z własnym sprzętem do grania, co automatycznie skreśla grę na początek przygody zaczynając właśnie od którejś z tej części. Co gorsza, nie są to klasyczne odsłony pod wzgledem gameplayu, co wbrew pozorom mogą sugerować screeny. Jest on raczej mocno uproszczony, zapomnijcie też o dungeonach. Niestety, nie są to zbyt dobre części, raczej mogą posłużyć jako ciekawostka później, pod koniec zaznajamiania się z serią.
Uwielbiam odsłony na Nintendo DS, ale wiem,że są one problematyczne nawet dla wielu fanów Zeldy. Gameplay ponownie został uproszczony, a sterowanie to według niektórych największa porażka. Dlatego Phantom Hourglass i Spirit Tracks polecam sprawdzić też nieco później, po zapoznaniu się z czymś klasycznym.
W takim razie od czego najlepiej zacząć?
- Ocarina of Time (Nintendo 64, 1998 | Nintendo 3DS, 2011),
- Minish Cap (Game Boy Advance, 2004),
- Twilight Princess (GameCube, Wii, 2006 | Wii U, 2016),
- Skyward Sword (Wii, 2011),
- A Link Between Worlds (Nintendo 3DS, 2013).
Podstawa podstaw – The Legend of Zelda: Ocarina of Time
Nintendo 64, 1998 | Nintendo 3DS, 2011
The Legend of Zelda: Ocarina of Time wyszła w 1998 roku na Nintendo 64 i dość szybko została okrzyknięta grą wszechczasów i do dzisiaj jest najwyżej ocenianą grą w historii. Był to też pierwsza gra, która została wpisana do księgi rekordów guinessa. OoT była rewolucyjna pod wieloma względami, i jak nie trudno się domyślić, dzisiaj ta gra trafia do nielicznych osobowości z młodszych pokoleń. Po OoT możesz wskoczyć tak naprawdę w którąkolwiek część. Ze względu na to, że przez prawie 20 lat to był prequel całej serii, jej konstrukcja fabularna jest najłatwiej przyswajalna. Skąd wziął się Ganon? O co chodzi z zielonym kubraczkiem? Jak powstał mem z gadającym drzewem? Dlaczego Navi denerwuje innych?
Młodszym polecam zainteresować się wersją na Nintendo 3DS. Jest delikatnie poprawiona i ułatwiona. Do tego interfejs ekwipunku jest dostępny na ekranie dotykowym, co również znacznie bardziej ułatwi przemierzanie lochów.
Coś z ładnego pixel-artu – The Legend of Zelda: Minish Cap
GameBoy Advance, 2004
Minish Cap to jeden z moich ulubieńców lat najmłodszych. Gra jest bardzo kolorowa i w pięknym pixel art, a do tego nie straciła nic charakteru zeldowego. Mało tego, swoimi zagadkami zjada wszelkie późniejsze dwuwymiarowe odsłony. Do tej pory również pamiętam charakterystycznych NPCów. To dobra, krótka i lekka przygoda, pełna frajdy i zabawy, bo nie jest też zbyt trudna. Jako dzieciak, zaciąłem się w jednym momencie, przed drugim dungeonem, ale kiedy się przez to przebrnie - cała gra leci już z górki. Polecam nadrobić, a powinien w tym pomóc fakt, że nadal nie jest to zbyt trudna gra do zdobycia, a posiadając Wii U można rozpocząć zabawę już za 28 zł.
Dla szukających powagi – The Legend of Zelda: Twilight Princess
GameCube, Wii, 2006 | Wii U, 2016
Przez bardzo długi czas uważałem Twilight Princess za Zeldę niemal idealną. Pasowało mi w niej prawie wszystko to, co dostałem. Być może było to związane z odległym marzeniem o niej przez kilka lat, zanim faktycznie mogłem zagrać, być może hype zrobił swoje, ale jedno jest pewne – przed Breath of the Wild, to właśnie Twilight Princess była największą grą w serii. Uwielbiałem ja nie tylko ze względu na dość mroczny klimat i piękną grafikę, ale i bardzo dobrą muzykę. Chociaż zawodzili bossowie, na start spędziłem przy tej grze dobre 80 godzin. Gra nawiązuje w kilku momentach do OoT, ponieważ jest jej sequelem, ale nie są to rzeczy, które psułyby zrozumienie całej fabuły. Bardzo rozbudowana i dopracowana przygoda, teraz łatwo dostępna w wersji HD na Wii U.
Ruchowa rewolucja – The Legend of Zelda: Skyward Sword
Wii, 2011
Znienawidzona przez wielu gra wydana na 25-lecie serii wspierająca całkowicie kontrolery ruchowe Wii. Hejty pojawiły się przez niezbyt przemyślaną fabułę oraz wspomniane sterowanie, ale hej - jeśli to twoja pierwsza Zelda, raczej nie będzie ci to przeszkadzać. W dodatku jest dość prosta, co też nie powinno specjalnie odrzucić. Jest to również gra wyjątkowo inna od pozostałych, dlatego, jeśli planujesz zainteresować się serią, warto zacząć od tej części. Od 2011 roku to oficjalny prequel wszystkich Zeld, opowiada o tym, jak do Hyrule trafili ludzie, skąd wziął się Miecz Mistrza oraz dodaje kilka ciekawostek, które poznaliśmy we wcześniej wydanych odsłonach. Recenzję gry znajdziecie tutaj.
Dla najmłodszych – The Legend of Zelda: A Link Between Worlds
Nintendo 3DS, 2013
Mam bardzo mieszane odczucia względem tej części. ALBW to w moich oczach dość słaba odsłona, jako że jestem już starym wyjadaczem serii i zwyczajnie nie bawiło mnie to co widziałem na ekranie. Byłem zawiedziony prawie wszystkim, co niejednokrotnie starałem się podkreślać. Ale wiem, że jest to jedna z nielicznych części, która trafia do tych najmłodszych graczy. I dokładnie to co mi przeszkadzało, im się podobało. Dlatego nie warto odrzucać jej na start - to niezła gra na dobry i lekki start przygody. Cóż więc mogę rzecz, poza tym że moją recenzję możecie przeczytać tutaj.
Interesuje Cię fabuła? Czy gry są ze sobą powiązane? W jakiej kolejności i w co grać przed Breath of the Wild?
Można! Od 25-lecia serii, gry mają oficjalną chronologię (do tej pory nic takiego nie było, poza pojedynczymi częściami), i choć wzbudza ona wiele kontrowersji, warto się z nią zapoznać i zdecydowanie ułatwia przejście do świata The Legend of Zelda nowym graczom.Oto kilka moich propozycji:
#0 - Dla cierpliwych - wszystko po kolei według chronologii z okazji 25-lecia
Masz dużo czasu? Masz nadzieję polubić The Legend of Zelda? Jesteś cierpliwym graczem? Graj we wszystko po kolei. Jest to opcja skierowana dla wyjątkowo wąskiego grona ludzi, ale w rezultacie można być pewnym, że wszystkie smaczki zostaną odkryte. Dlaczego warto? Nie wypadamy z rytmu i poznajemy całą historię jak Shigeru przykazał.
Chronologia jest do wglądu w Hyrule Historia oraz np. tutaj. Fakt, że od czasu jej powstania doszło kilka następnych części, ale te można przejść na samym końcu.
#1 - Four Swords Saga:
Minish Cap -> Four Swords (Anniversary Edition) -> Four Swords Adventures
Wspomniany wcześniej Minish Cap rozpoczyna mini sagę, która jest niewiele powiązana z pozostałymi "dużymi" częściami. Głównym przeciwnikiem jest Vaati, a odniesień do wydarzeń z innych odsłon nie ma prawie wcale. Są pewne oczywistości, takie jak imiona czy rasy, a nawet zagadki. Ale miała też dużo nowości i to rzeczy, które nie występowały nigdzie indziej - zagadki dla kilku graczy. Szczególnie widoczne jest to w kontynuacjach, czyli FS i FSA. I chociaż ostatecznie nie oceniłem zbyt pozytywnie tych sequeli, to jednak są ciekawą alternatywą dla ludzi, którzy chcą spróbować Zeldy w multiplayer. Trzeba jednak pamiętać – Four Swords WYMAGA dodatkowych graczy ze swoimi kopiami gry i konsolami (GBA). Four Swords Anniversary Edition na Nintendo 3DS i DSi naprawiła ten problem, ale nie jest już nigdzie dostępna do pobrania. A Four Swords Adventures jest trudno-dostępna i pojawiła się tylko na GameCube'a.
#2 - Dla fanów retro:
The Legend of Zelda -> Adventure of Link -> A Link to the Past
Są to trzy pierwsze Zeldy jakie ujrzały światło dzienne. Bardziej klasycznie się nie da. W związku z tym brakuje tu jakiejś wielkiej intrygi oraz konieczności przejrzenia kilku innych gier. Zaczynamy od zera – nic więcej nie jest potrzebne. Do tego gry te są dostępne zarówno na Wii, jak i Wii U i New 3DS. Należy jednak pamiętać - to retro pełną gębą, co oznacza wysoki poziom trudności!
#3 - Dla fanów retro i przenośnego grania:
Link's Awakening -> Oracle of Ages -> Oracle of Seasons -> Minish Cap
Sam zauważyłem, że znacznie łatwiej jest mi grać na konsolach przenośnych, ale nie mam tu na myśli poziomu trudności gier. Łatwiej mi usiąść do konsoli i po prostu zacząć grać. Dlatego konsole przenośne sa moimi ulubieńcami, i też bardzo doceniam przenośne Zeldy. Niczym nie ustępują tym dużym i "poważnym" – mogą bawic nawet kilkadziesiąt godzin. Te wyżej warto grać w takiej kolejności ze względu na znacznie łatwiejsze połapanie się w fabule. Właśnie w takiej kolejności wychodziły one, w związku z tym fabuła tych gier będzie lepiej przyswajalna dla nowych fanów. Na początku będzie trudno, ale z każdą kolejną grą poziom trudności będzie coraz łatwiejszy.Ciekawostka: jeśli połączycie opcję #2 i #3, dostaniecie konkretny kawałek historii uniwersum. W dodatku dość łatwo przyswajalny, bo coraz łatwiejszy.
#4 - Bitwy morskie i Nowe Hyrule:
(Ocarina of time) -> Wind Waker -> Phantom Hourglass -> Spirit Tracks
Kolejność jest dość istotna, ponieważ wszystkie te gry są bezpośrednimi sequelami do OoT. Dlatego warto przechodzić je w takiej kolejności, a nie innej. Gry nawiązują do swoich poprzedników nie tylko wydarzeniami, ale i również postaciami. Dla ludzi, którzy chcą doceniać fabułę, jest to bardzo istotna oś czasu i warto zainteresować się tymi częściami. Poza tym, to bardzo solidny start: Ocarina of Time jako początek całej przygody i wprowadzenie do świata, Wind Waker jako bezpośredni sequel jednego z zakończeń, a Phantom Hourglass i Spirit Tracks to rozwinięcie przygód bohaterów z WW. Co najważniejsze, wszystkie te gry bez problemu uruchomimy posiadając Wii U.
#5 - Dla szczurów lądowych:
(Skyward Sword) -> Ocarina of time -> Majora's Mask -> Twilight Princess -> (Skyward Sword)
To opcja dla ludzi nastawionych na bardzo chronologiczne granie. Jak wspomniałem wcześniej, Skyward Sword jest oficjalnym prequelem całej serii od 2011 roku, w związku z czym możliwe jest wkroczenie do uniwersum w dość łatwy sposób zaczynając właśnie od tej części. Ale ponieważ gra ta powstała bardzo późno i konstrukcję fabuły, równie dobrze możemy zagrać w SS na samym końcu i nic nie stracić z zabawy. Sam uważam, że OoT jest łatwiejszym sposobem na rozpoczęcie przygody z The Legend of Zelda, dlatego sugerowałbym zaczęcie właśnie od tej części. Bardzo ważne miejsce ma tutaj Majora's Mask - jak wspomniałem wcześniej, od tej części łatwo odbić się nie znając żadnej innej odsłony. To bezpośredni sequel OoT - sterujemy nawet tym samym bohaterem, stąd sugeruję grać w te dwie gry tylko w takiej kolejności. A z doświadczenia wiem, że będzie to przygoda sprawiająca znacznie większą frajdę.Mam Wii U. W które z tych gier zagram na tej konsoli?
W całkiem sporą liczbę:
- The Legend of Zelda,
- Adventure of Link,
- A Link to the Past,
- Ocarina of Time,
- Majora's Mask,
- Wind Waker HD,
- Twilight Priness (HD) – wersja na Wii dzięki kompatybilności wstecznej,
- Minish Cap,
- Phantom Hourglass,
- Spirit Tracks,
- Skyward Sword,
- Breath of the Wild.
Mam Nintendo 3DS. W które z tych gier zagram na tej konsoli?
Przenośna maszynka Nintendo to całkiem duża kopalnia retro tytułów serii:
- The Legend of Zelda,
- Adventure of Link,
- A Link to the Past - tylko na NEW,
- Link's Awakening,
- Oracle of Ages,
- Oracle of Seasons,
- Phantom Hourglass – dzięki kompatybilności wstecznej,
- Spirit Tracks – dzięki kompatybilności wstecznej,
- The Minish Cap – tylko na konsolach z programem Ambassadorskim,
- Four Swords Anniversary Edition – gra była dostępna tylko przez określony czas na 25-lecie,
- Ocarina of Time 3D,
- Majora's Mask 3D,
- A Link Between Worlds,
- TriForce Heroes.
A co przyniesie Switch? Czas pokaże...
Mam nadzieję, że przynajmniej tymczasowo ten artykuł odpowie na wiele pytań i rozwieje wiele wątpliwości. Może się wydawać, że jest to seria, której nie da się już dzisiaj polubić i tylko BOTW może być warty uwagi. Niekoniecznie. Jak starałem się wskazać wyżej, wystarczy zagrać w dwie-trzy inne części, aby móc wsiąknąć w ten magiczny świat na dłużej. Pamiętajcie jednak - to są moje propozycje i nie każdy musi się z nimi zgadzać. Jest to jednak seria na tyle klasyczna i ważna w branży, że warto dać jej szansę - już nawet nie patrząc na fabułę i chronologię.
Dziesięć tysięcy lat temu odbyła się wielka bitwa pomiędzy królewską rodziną a Ganonem, wielkim przeklętym demonem ciemności. W wyniku tego starcia dobro zwyciężyło, a nad Hyrule ponownie pojawiło się Słońce. Ale Ganon po tych dziesięciu tysiącach lat wrócił potężniejszy i groźniejszy niż kiedykolwiek wcześniej. Do walki z nim stanęli mistrzowie w wielkich machinach (tzw. Divine Beasts) oraz armia starożytnych Guardianów. Pan ciemności jednak pokonał bohaterów, nastawił broń przeciwko dobrym i opanował Zamek Hyrule. Od tamtej chwili minęło sto lat, zaś jeden z herosów budzi się i kierowany damskim głosem ma zgładzić bestię...
Z okazji trzydziestej rocznicy serii The Legend of Zelda przypomniałem sobie na łamach tego bloga moje ulubione części, zaczynając od tej najnowszej. Kolejność dość dziwna, ale wszystko dlatego, aby na sam koniec móc delektować się wspomnieniami z odsłony, do której mam największy sentyment. Zapraszam do nieco osobistej podróży w przeszłość, w trakcie której z łezką w oku patrzę na The Legend of Zelda: Link's Awakening DX. Wersja czarno-biała na Game Boya była pierwszą częścią serii, jaka pojawiła się na konsoli przenośnej, ale dla mnie – wersja DX – to pierwsza Zelda z jaką w ogóle miałem do czynienia.
To już przedostatni odcinek przygotowywania się do Breath of the Wild przypominając sobie poprzednie odsłony serii. Zostali mi dwaj ulubieńcy, którzy często są pomijani / nielubiani. Do The Legend of Zelda: A Link to the Past sam musiałem długo się przekonywać. Pierwszy raz tą część testowałem na GBA 12 lat temu i rzuciłem w kąt po na bardzo długi czas. W końcu, pierwszym przejściem mogę się pochwalić zaledwie 3 lata temu. Zachwyciłem się, pomimo bardzo odległej premiery i nie mogłem uwierzyć, że kiedyś nie potrafiłem zmusić się do tak dobrej pozycji, co by nie mówić – jednej z najlepszej w serii.
![]() |
| Fragment grafiki okładkowej The Legend of Zelda: Four Swords Adventures |
Kiedy przypomnę sobie czasy, jak jeszcze nie bardzo ogarniałem rynek konsol, ale codziennie witałem na Zelda Central i szukałem różnego rodzaju grafik i wszystkiego co możliwe na temat Wind Wakera oraz Four Swords Adventures, aż ciepło się robi na serduszku. Były to gry kompletnie dla mnie niedostępne, tajemnicze, odległe, będące obiektem westchnień. Tak się akurat składa, że po kilku latach, kiedy już położyłem łapska na obu tytułach, byłem nimi nieco zawiedziony. W tym odcinku przygotowania do Breath of the Wild wracam do niepopularnej FSA, które na poważnie podjęło próbę wciśnięcia trybu multiplayer do naszej ulubionej serii.
![]() |
| Grafika promocyjna gry The Legend of Zelda: Spirit Tracks. |
W oczekiwaniu na Breath of the Wild wspominam kolejną, niedocenioną część serii, przez jakiś czas nielubianą również przeze mnie, i tak sobie myślę – kiedyś fani serii mieli lepiej. Kolejne części The Legend of Zelda wychodziły jedna za drugą, w dodatku nie musieli się martwić o ich jakość. Zaledwie dwa lata od premiery Phantom Hourglass, właśnie ta część dostała swojego sequela, Spirit Tracks. Jeżeli teraz chciałbym wspomnieć poprzednią odsłonę serii, musiałbym cofnąć się w czasie o 5 lat do "kontrowersyjnego" Skyward Sworda. W świecie serii posucha, mamy jednak co wspominać...
![]() |
| Europejska grafika okładkowa gry The Legend of Zelda: Phantom Hourglass. |
Bardzo ciepło wspominam The Legend of Zelda: Phantom Hourglass. Byłem zachwycony już po pierwszych pokazach i nie mogłem się doczekać. Cell-shadingowy styl, Link dokładnie ten sam co w WW, pływanie po morzach i oceanach – tak naprawdę taki przenośny The Legend of Zelda: Wind Waker. Mój zaciesz był spowodowany również z powodu braku GameCube'a, stąd była to moja pierwsza szansa na przybliżenie się do 20 tysięcy mil morskich żeglug.
![]() |
| Grafika promocyjna The Legend of Zelda: Skyward Sword. |
Chociaż trzydziesta rocznica serii nie jest obchodzona tak hucznie, jakbyśmy tego chcieli, 5 lat temu było zgoła inaczej. W 2011 roku fani po raz pierwszy zobaczyli podtytuł najnowszej części, Skyward Sword, która również była odkładana w czasie przez 3 lata. Podczas pierwszej prezentacji gry fani przeżyli nie lada szok – to nie miało nic wspólnego z pierwszą grafiką koncepcyjną zaprezentowaną pare lat wcześniej. Zamiast poważnej i mrocznej stylistyki, podobnej do tej z Twilight Princess, dostaliśmy coś zupełnie innego. Postanowiono połączyć wymienione wcześniej TP z kolorowym i cellshadingowym Wind Wakerem.
![]() |
| Oficjalna grafika promocyjna The Legend of Zelda: A Link Between Worlds. Źródło. |
W tym roku obchodzimy trzydziestolecie The Legend of Zelda, ale Nintendo jakby nie chce specjalnie tego wydarzenia obchodzić. Premiera najnowszej odsłony została przesunięta na przyszły rok, i chociaż na E32016 dostaliśmy dużo gameplayu, to o świętowaniu nadal nie ma mowy. Fani serii są skazani na czekanie wierząc, że włodarze z Kioto nie zepsują niczego. Dlatego w trakcie tego oczekiwania, będę przybliżał niektóre części serii w formie recenzji. Zacznę od najnowszej, a skończę na najstarszej, która nadal czeka na ukończenie. Zaczynamy więc podróż od The Legend of Zelda: A Link Between Worlds. Nie jest to moja ulubiona część, a w pewnym momencie stanowczo odradzałem ją każdemu. Teraz z perspektywy czasu i opinii innych wiem, że to prawdopodobnie najlepsza część, od której nowi gracze powinni zacząć.
![]() |
| Kadr z pierwszego dema technologicznego Wii U. |
Pierwsza ważna dla mnie tegoroczna rocznica wypada właśnie dzisiaj. 21 lutego 1986 roku światło dzienne ujrzała gra, która zmieniła spojrzenie na branżę. Wywarła wpływ elektroniczną rozrywkę nie tylko na najbliższe lata, ale również robi to do dziś. Dokładnie 30 lat temu na półki japońskich sklepów trafiła pierwsza część z serii The Legend of Zelda.
O tym, że jest to seria niezwykła, chyba przekonywać nikogo nie trzeba. Nie piszę tego ze względu na okulary nostalgii. Osobiście uważam, że nie patrzę przez nie, przynajmniej na te gry. To pierwsze The Legend of Zelda było tytułem startowym na japoński Famicom Disc System, a na zachodzie była to pierwsza gra z systemem zapisu. To właśnie ta gra pokazała nowy gatunek gier łącząc w sobie akcję i przygodówkę. To ta seria gier zyskała jeden z najpopularniejszych motywów muzycznych na świecie, znanych niemal przez każdego gracza (a z doświadczenia wiem, że nawet laicy go kojarzą). To The Legend of Zelda stworzyło część historii w branży gier, dzisiaj nie wyobrażając sobie jakby świat wyglądał bez bohatera w zielonej tunice.
![]() |
| Fragment grafiki okładkowej. Całość znajduje się tutaj. |
Dzisiaj mija dokładnie rok od momentu premiery The Legend of Zelda: Majora's Mask 3D w Europie. Gra, wyjątkowa, mroczna, niezwykła, niepowtarzalna. Oryginalna wersja wyszła w roku 2000 na Nintendo 64 i nie została specjalnie doceniona przez wielu graczy, o dziwo również przez wielu fanów. Często kompletnie pomijana, głównie ze względu na swoją toporność w gamplayu oraz ograniczenia czasowe. Sam również nie byłem wstanie przebrnąć przez tą część kiedy jeszcze byłem gimnazjum, pomimo tego, że przy Ocarina of Time spędzałem mnóstwo godzin i świetnie się przy tym bawiłem. MM od początku jest odrzucające, frustrujące, nieuczciwe. Jesteśmy wrzucani na głęboką wodę już w pierwszych chwilach, a żeby wykonać pierwszy zapis gry, musimy odczekać dobrą godzinę. A i tak tego nie zrobimy bez dodatkowego Expansion Packa do konsoli. Wszystko to sprawiło, że gra nigdy nie była specjalnie popularna, pomimo zachwytów recenzentów, aż do wydania omawianego przeze mnie remake'a na Nintendo 3DS.
Polecany post
Seria nieporozumień w Gravity Rush [PS Vita]
Pamiętacie jak jakiś czas temu napisałem Wam wielką wspominkę o tym jak bardzo potrzebne jest mi PSP i trafia do mnie bardziej niż Vita? ...
Top 10
Chmura tagów
3DS
Anime
Atlus
Batman
DBS Card Game
DC Comics
Dragon Ball
DS
Dziennik
Felietony
Filmy
Gry
Kingdom Hearts
Komiksy
Konsole
Marvel
Metal Gear Solid
Metroid
MGS
Monster Hunter
Nintendo
PC
Persona 5
PlayStation
Pokemon
Przeciętniaki
PSP
Recenzja
Seriale
Sony
Spider-Man
Square Enix
Switch
The Legend of Zelda
Ubisoft
Wii
Wii U
X-Men
Xeno
Obsługiwane przez usługę Blogger.

















