Już trochę czasu minęło od poradnika i myślę, że ci bardziej zainteresowani tematem zdążyli zakupić swoje pierwsze karty, a więc gotowe startery. Ale te same osoby zapewne dość szybko zaczęły się zastanawiać – jak stworzyć własną talię? Ponieważ ja też jestem w trakcie budowania pierwszej własnej autorskiej talii w życiu – nigdy wcześniej nie robiłem tego przy żadnych karciankach – spróbujemy tutaj razem przyjrzeć się zasadom.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dragon Ball. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dragon Ball. Pokaż wszystkie posty
Czy wiedzieliście, że jedna trzecia polaków to gracze? W badaniu brano pod uwagę tylko tych, którzy grają w cyfrowe produkty, które uruchamiamy na naszych komputerach, konsolach itp. Nie wzięto jednak pod uwagę ludzi, którzy grywają w planszówki i karcianki. Ale nie ma się co łudzić – wtedy liczby wyglądałyby okrutnie. W Polsce gry bez prądu to nisza, i chociaż w takiego Magic: The Gathering gra całkiem spora rzesza osób, nadal jest to zaledwie jakiś procent graczy lubujących się w mediach cyfrowych. A szkoda. Sam odkrywam taką formę zabawy od zera i przyznaję, że to może wciągnąć. Co mnie zaciekawiło, również seria anime Dragon Ball rok temu dostała swoją kolekcjonerską grę karcianą.
Szczerze przyznam, że odkąd mam za sobą Dragon Ball Super, jest mi jakoś tak lżej na duszy. Spokojniej. Nie denerwuję się i nie martwię o przyszłość. Pisklęta przestały kwilić, ja natomiast wlewam sobie ambrozję do szklany i sączę relaksując się przy czymś, co uniwersum Smoczych Kul wyszło dobrze.
Z okazji tegorocznego Dnia Goku, postanowiłem przypomnieć sobie Dragon Ball: Advanced Adventure, które wyszło eskluzywnie na Game Boya Advance – tak, był to taki czas, kiedy w tytule gry najlepiej było zawrzeć nazwę platformy docelowej. Fakt, że tutaj wpisał się wyjątkowo dobrze.
DB:AA to side scrollowany beat 'em up, który fabularnie skupia się na pierwszych tomach naszej ulubionej mangi. Poznajemy Goku, poznajemy jak Goku poznaje Bulmę, a oni wszyscy poznają Kamessenina, Yamchę, a nawet Piccolo Daimao. Za dzieciaka fascynowałem się tym tytułem, potrafiłem grać w niego godzinami i nie odpuściłem aż go wymaksowałem – bo tak kiedyś się robiło, nie to co teraz, jakieś tam platynowanie lub calakowanie. I w końcu mi się to udało, w dodatku na wysokim poziomie trudności. Czy jest to powód do dumy? Zależy, bo Advanced Adventure do najłatwiejszych gier nie należy, chociaż z początku tego można nie odczuwać. Te 10 lat temu jednak byłem zachwycony.
Ale jak dzisiaj wypada zapomniana dwuwymiarowa chodzona bijatyka? Całkiem dobrze, jest prościej niż zapamiętałem, ale nie za prosto. Ładny pixel-art nadal cieszy oko no i wciąż ma w sobie tę magię, która wciąga. A najlepiej byłoby się przekonać na poniższym materiale wideo, który nakręciłem specjalnie z okazji tegorocznego Dnia Goku:
Fakt, że po latach Advanced Adventure przejawia trochę więcej głupot, powtarzalności i słabo zbalansowany level design – o ile coś takiego da się zrobić. Jak się jednak głębiej zastanowić to zaskakuje różnorodność trybów gry, wbrew powtarzalności poziomów. Nie mniej, grało mi się przyjemnie i chętnie skończę te przygody małego Goku jeszcze raz.
Przez to, że DB:AA był straszliwie niedoceniony, dzisiaj jest prawie zapomniany. Ciężko go też w związku z tym znaleźć na serwisach aukcyjnych w kwocie nie rujnującej domowych zaskórniaków. Tym samym i ja musiałem upolować na oryginał i kiedy tylko to się stało, niecały rok temu, oczekiwałem na odpowiedni moment, aby z Wami tutaj sobie tę grę odświeżyć. Okazję mamy, ambrozja jest, można grać. Jeśli nadarzy się okazja – polecam nadrobić na własnej skórze.
W pewnym sensie najnowsza, i póki co ostatnia, saga Dragon Ball Super to powrót do formy znanej z DBZ. Ale nie jestem pewien, czy to dobrze. Pamiętacie dłużące się fillery? Masę "zadań pobocznych" między głównymi wątkami? Właśnie takimi elementami najnowsza saga jest nafaszerowana. Między innymi dlatego jest ona również najdłuższa ze wszystkich, co równie adekwatnie wpływa na długość samego wpisu. Nie będę jednak streszczał 1:1 wszystkich wydarzeń, a jedynie pokrótce omówię te najważniejsze. Tradycyjnie, będą spoilery, a jeśli chcielibyście poczytać więcej narzekań na tę serię, wszystkie recenzje zawsze są w górnym menu, czyli tutaj.
Stało się! Dragon Ball Super jest już oficjalnie w Polsce, co prawda póki co jedynie w formie mangi, ale i tak mamy dobry wynik. Manga ta miała premierę w 2015 roku, ale wydanie zbiorcze po angielsku zaczęło pojawiać się na rynku zaledwie rok temu. Uważam więc, że ta różnica jest naprawdę niewielka i mamy bardzo dobry wynik w porównaniu z resztą świata czy też innymi mangami. W dodatku J.P.F. ogłosił, że kolejne tomy będą ukazywać się co trzy miesiące (chociaż nie wierzę, żeby nie było obsuw), co jest niezłą ciekawostką zważywszy na fakt, że w Japonii ukazują się one co pół roku.
I tak oto dwa tygodnie przed premierą Dragon Ball FighterZ głowy z BAMCO sprawdziły jakie obłożenie serwerowe są w stanie przyjąć na klatę. Dla zwykłych graczy to jedna z niewielu okazji do przetestowania samego systemu walki. Nie oszukujmy się, wcześniejszy bijatyki DBZ były... no cóż, różne. Ale chyba żadna z nich na poważnie nie zagościła pod e-sportowe strzechy. Tutaj faktycznie jest duża szansa na to, żeby ten stan rzeczy się zmienił.
Ten powrót do przeszłości jest troszkę naciągany, podobnie jak i wcześniej było to z Pokemon Yellow. Chociaż grając w gry z serii spędziłem mnóstwo czasu, to jednak z Budokai 3 było trochę inaczej. Seria dwuwymiarowych bijatyk nie chwyciła mnie za serce, miała mnóstwo wad, które te 10 lat temu bardzo odrzucała. Wszystko było jakoś strasznie ograniczone, ciężkie i toporne, w przeciwieństwie do serii Budokai Tenkaichi. Ale ze względu na Dzień Goku, który obchodzimy dziewiątego maja, postanowiłem przypomnieć sobie omawiany tytuł i spróbować zapomnieć o dawnych złościach.
Do tej pory niemal wszystko co widziałem w Dragon Ball Super było w najlepszym przypadku złe. Trzeba mieć dar, żeby tak solidnie spieprzyć wszystko to, co budowano przez kilka lat oraz wspomnienia starych fanów. Ale twórcom anime się to udało. Future Trunks Saga miała być odkupieniem win, czymś pozytywnym w zalewie szajsu w uniwersum, powrotem do formy. No właśnie, chciałbym, aby to była prawda. Pamiętano o wielu rzeczach z DBZ, co mnie ponownie zaskakuje, bo nie zawsze zdaje się to być oczywiste. Ale, co jest oczywiste, ponownie popełniono masę błędów.
Przypominam tylko, że moje analizy DB Super mają spoilery i nie inaczej jest tym razem.
Powrót do przyszłości
Saga ta jest oczywiście kontynuacją poprzedniej, ale do tego dochodzi nam przyszłość Trunksa znana z Cell Saga z Dragon Ball Z. Pojawiło się nowe zagrożenie w postaci osoby wyglądając tak jak Son Goku. Trunks, pomimo swej wielkiej siły nie jest w stanie walczyć nawet jak równy z równym z domniemanym Saiyaninem. Zmuszony jest uciec do przyszłości prosić o pomoc zostawia w swojej linii czasu niedobitków ludzi oraz swoją miłość (?), Mai. Tak, tą Mai widoczną na grafice na górze, która była w gangu Pilafa.O ile jestem w stanie zrozumieć motywację Trunksa do kolejnej podróży w przyszłość, nie rozumiem jego postępowania. Olał kompletnie dziewczynę zostawiając ją na ziemi, podczas gdy Goku Black mógł zrobić z nią cokolwiek, ale na pewno nic dobrego. Nawet troszkę się zdenerwował, ale tak tylko troszkę. Co ciekawe, nawet śmierci własnej matki tak nie przeżył, jak to, że Mai zemdlała. Swoją drogą – śmierć Bulmy z przyszłości była kompletnie bezsensowna i bez... jakiegokolwiek klimatu, uczuć, bez niczego. Bulma po prostu rozpłynęła się w rękach Blacka, a Trunks uciekł.
W międzyczasie w tzw. przeszłości Piccolo i Kuririn są wciągnięci w prace na polu, które muszą potraktować jako trening. Fajnie, ale kompletnie bez sensu. Faktycznie, Goku, takie treningi odbywaliście, ale byliście o 30 lat młodsi i kilkaset milionów jednostek słabsi. Teraz potraficie niszczyć planety palcem. Nic nie da żadnemu z was zbieranie kapusty na polu.
Ale Trunks ląduje w przeszłości, dostarcza notatki Bulmy Bulmie, ta odnajduje sposób na produkcję paliwa, żeby wrócić w przyszłość, przeszłość, przyszłość, przeszłość... Wcześniej dowiedzieliśmy się, że zbieranie energii trwa bardzo długo, nawet kilka lat, i to w jedną stronę. Teraz wystarczył jeden dzień, żeby naładować wehikuł czasu na podróż w dwie strony. I tak, niestety, będziemy widzieć kilka razy latanie w te i nazad, poważnie łamiąc prawo. I oczywiście Bulma też musi tam być...
Multiwersum po raz kolejny
W całą intrygę zostaje wciągnięty dziesiąty wszechświat, gdzie jest jeden Bóg Stworzenia, Gowasu. Trenuje on na przyszłego kolejnego boga jednego z Królów Światów tamtego świata, Zamasu (ten zielony na grafice na samej górze). Dzięki temu możemy przyjrzeć się nieco dokładniej codziennej pracy Kaioshinów, gdyż do tej pory nie było nam to dane. Wygląda na to, że oprócz obserwowania planet i oglądania telewizji, ich głównym zajęciem jest picie herbaty.Okazuje się też, że Kaioshinowie mają pozwolenie na podróże w czasie dzięki pierścieniom czasu. Dowiadujemy się też, że przez właśnie takie podróże tworzą się kolejne alternatywne światy, ale w obrębie jednego wszechświata. Czyli jednak Trunks nie podróżował między różnymi wszechświatami, ale tylko w czasie.
Głównym złym okazuje się oczywiście Zamasu, który nie rozumie postępowania i bogów i ludzi i najlepiej pozbyć się wszystkich (tak, mamy tu kolejną rozkminę o tym jak ludzie sami siebie wyniszczają, są prymitywami, którzy nie potrafią się uczyć, itd). I nawet to mi się podoba. To nadal sztampa, ale jest to nieco inna sztampa od tych co mieliśmy w serii do tej pory, a do tego Smocze Kule odegrałby bardzo istotną rolę. Wróg nie chce władzy nad światem. Zamasu marzy o świecie idealnym, a że inni stoją w konflikcie z jego racjami, sam zaczyna błądzić w swoich celach. Ale chyba Akira już sam się pogubił w tych światach, czasach, światach alternatywnych i co tam jeszcze wymyślił.
Zamasu z teraźniejszości zmierzył się z Goku z teraźniejszości, co sprawiło, że zapragnął on pozyskać jego silne ciało. Aby tego dokonać, zabił Gowasu, zebrał Super Smocze Kule, zamienił się z Goku ciałami, i wyruszył do przyszłości Trunksa, gdzie zabił tamtejszego Gowasu i zwerbował tamtejszego Zamasu do planu "zero ludzi". Tylko, że w teraźniejszości Whis cofnął czas o 3 minuty, żeby Beerus zniszczył Zamasu zapobiegając jego inwazji na Ziemię. W takim razie jaki Zamasu powędrował do przyszłości, dlaczego akurat do tej Trunksa i do siódmego wszechświata? Nie widać tutaj żadnego konkretnego motywu dla akurat takiego wyboru, a bardziej to wyglądało na przypadkową decyzję. I aż ciśnie się na usta "jaki ten świat mały".
Król wszystkiego
Gdzieś w środku tego całego zamieszania nadal są Whis i Beerus, którzy wiedzą jak poważnym przekroczeniem jest, a mimo to, pozwalają na te wszystkie podróże. Ale nie są też neutralni. Nie karcą i nie przeszkadzają bohaterom w podróżach w czasie, a nawet pomogli niszcząc Zamasu. Nie podoba mi się to, w jaki sposób obaj zaprzyjaźnili się z drużyną Z. Bo mają dobre jedzenie, Goku i Vegeta są silni – bez sensu, bez pomysłu. Wcześniej kiedy źli przechodzili na dobrą stronę, szła za tym inna motywacja, stawało się to prawie naturalne w wyniku zaistniałej sytuacji.To samo tyczy się Króla Wszechrzeczy, który pragnie przyjaźni z Son Goku. Jakie to było głupie! Od tak po prostu, pan i władca całego istniejącego wszechświata wezwał zwykłego śmiertelnika, którego widział raz na oczy, żeby się z nim pobawić. I nawet dał mu przycisk (dosłownie, sam przycisk), który wzywa Króla od razu tam, gdzie jest jego właściciel. Zostało to dodane kompletnie na siłę i ponownie chyba z braku pomysłu na zakończenie sagi. Bo to właśnie Król Wszechświata zniszczył Zamasu i wszystko dookoła.
Powrót do formy? Nope.
Trzeba przyznać, że walki z Zamasu były niezłe... przez całe 5 minut, czyli tyle ile trwały faktycznie. Szkoda, bo było szybko i efektownie. W klimacie tych walk z DBZ, które pokochaliśmy w ubiegłym wieku. Była szansa na odkupienie win, ale niestety ponownie chyba zabrakło mądrych głów z pomysłami jak dalej pociągnąć ta walkę. Ciało Zamasu jest nieśmiertelne? Co z tego, skoro wystarczyłoby użyć na tyle potężnego ataku, aby zniszczyć go w całości – z czym żaden z Saiyan nie powinien mieć problemów. Ale oczywiście, należało robić z tego wielką dramę.Gdy za drugim razem Goku i Vegeta uciekają z przyszłości do swojej teraźniejszości, Piccolo mówi, że tylko Mafuba będzie w stanie pokonać Zamasu. Czyli technika, która lata wcześniej uśmierciła Kamessenina próbującego pokonać Piccolo Daimao. Pamiętacie? Fajnie, że wraca się do takich smaczków, które już mogły zostać zapomniane przez zdecydowaną większość, ale tutaj też czuć było wepchnięcie na siłę. Goku nauczył się Mafuby przez jedną noc, trenując na żółwiu. Czy nie powinno go to zabić (i Goku i żółwia)? O ile jeszcze jestem w stanie zrozumieć to, że Saiyanin ma na tyle dużo energii, że nie stanowi ta technika dla niego większego zagrożenia... to jednak Umigame powinien wyzionąć ducha już za pierwszym razem. Co tylko pokazuje jak kretyńskim pomysłem było tutaj przypomnienie sobie o Mafubie.
Lepiej: Goku jednak nie mógł użyć Mafuby ponieważ był zajęty walką, ale Trunks nauczył się jej w 5 (słownie: pięć) minut! Zdolniacha, prawda? Te sytuacje za bardzo przypominają mi (złe) fanowskie twory, żeby móc się nimi cieszyć. Prawie identyczna sytuacja była w DB AF rysowanym przez Toyble (czyli Toyataro), kiedy ten główny złodupiec był na tyle silny, że w żaden sposób nie można było go pokonać, a co najwyżej zamknąć w czymś za pomocą podstępnej techniki. W AF był to Miecz Z, w Super dzbanek, a ostatecznie i tak nic z tego nie wyszło w obu przypadkach. Po raz kolejny widzę tutaj silną inspirację fanowskimi dziełami. Mistrzu, proszę, odejdź już na emeryturę.
Wiek Mai w przyszłości to jakiś żart. Według Trunksa są oni w podobnym wieku, co jest kompletnie nierealne, skoro - nie patrząc na żadne wikie - Mai była już dorosła w chwili pierwszego spotkania Son Goku, który miał wtedy 14 lat. Mai powinna mieć ponad pięćdziesiątkę w chwili gdy skumplowała się z Future Trunks... chyba, że również w przyszłości użyto kul do odmłodzenia gangu Pilafa. Ale dlaczego, po co i jak? O tym nikt nic nie mówił. No i czemu w ogóle Mai?
Ponownie, zabrakło tu odpowiedniej argumentacji za tym, że to akurat ta postać, a nie jakaś inna kompletnie losowa przeżyła. Nie pokazywano jej w ogóle do tej pory od momentu walki z Piccolo Daimao. Poza tym, że młodzi mają się ku sobie w teraźniejszości, nie ma najmniejszego sensu pokazywanie jej w przyszłości, tym bardziej, że nie była ona postacią niezbędną. Wręcz przeciwnie, ani razu nie odczułem, że Mai jest konieczna do przeżycia Trunksa w przyszłości. Nawet Bulma w jakiś sposób dodawała cokolwiek, choćby reperowała wehikuł. Mai była całkowicie zbędna.
![]() |
| Przez chwilę przeraziłem się, że również Trunks osiągnie poziom niebieskiego SSJ. |
Wykorzystano tą sagę, aby w końcu wyjaśnić rozłączenie Goku i Vegety po scaleniu kolczykami Potara. Tylko co z tego – to kolejna rzecz, która została dopowiedziana na siłę. Kolczyki permanentnie działają tylko na bogów? Gdzie w tym sens? Sama idea fuzji kolczykami nigdy nie była zbyt mądra, no ale, czego ja wymagam. Przynajmniej nareszcie okazało się, że Whis jest opiekunem-aniołem Beerusa. Zabrakło mi tu jednak innych wyjaśnień. Kaioshin z 7 wszechświata nie ma żadnego imienia, w przeciwieństwie do wszystkich pozostałych do tej pory boskich istot. Poza tym, dlaczego w dziesiątym wszechświecie jest tylko jeden Kaioshin? W siódmym było ich pięciu, dopóki nie pokonał ich Buu. Czyli.. to samo spotkało wszechświat dziesiąty?
Szkoda też, że Zamasu, który jest Kaio, wygląda jakby od samego początku był Kaioshinem – w siódmym uniwersum obie te "klasy" znacząco się różnią. Ogólnie nie popisano się od strony designu. Bogowie z obu światów są do siebie na tyle podobni, że mogliby pochodzić z tego samego. Pojawiają się też złośliwe teorie, że teraz DB Super polega już tylko na zmianie kolorów włosów. Trudno się nie zgodzić.
W takich chwilach tęsknię za DBGT
Twórcy sami sobie stworzyli szansę na odkupienie win i naprawdę szajsu, jaki zrobili poprzednimi sagami. I solidnie tą szansę spartolili po całości. Pomysły, które zostały tutaj wprowadzone są po prostu głupie i w większości na siłę. Bohaterowie każdego dnia poruszają się wehikułem relacji teraźniejszość-przyszłość. Nie chce mi się nawet komentować tego, jak Trunks zrobił Genki-Damę za pomocą miecza. Walka? Łącznie kilka minut, ale podobnie jak w poprzednich sagach, czuć tu w ogóle jakiejkolwiek potęgi, zderzenia twój przeboskich mocy... nic. Nawet Vegetto się pojawił, a dzięki swej formie SSJ Blue powinien roznieść planetę stąpając po niej. Ale nie, w dodatku on również był na ekranie może na 5 minut. Fuzja się rozpadła, bo została zużyta energia... Serio? Komu takie banialuki są jeszcze wciskane?Nawet ending popsuto. Piąty, rozpoczynający tą sagę był świetny. Kolorowy, wesoły, ze skoczną muzyką i w klimacie DB. Był genialny od strony nawet graficznej i wyróżniał się na tle pozostałych wszystkim. Zmieniono to na flaki z olejem i to dość dosłownie – kolejny bez charakteru, nostalgiczny obraz w którym wszyscy jedzą. Naprawdę. Piąty ending powinien być tym jedynym od samego początku serii.
Zapowiadało się dobrze. Srogo zawiodłem się na tej sadze, ale chyba oczekiwałem zbyt wiele. Niemal od samego początku Dragon Ball Super, nie moge uwierzyć, jak wiele złego zostało dodane do tego, co tej pory wiedzieliśmy. Chociaż seria Dragon Ball GT, też nie była genialna i miała masę błędów, nie było tego aż tyle i zwyczajnie miała jakiś sens. Grano na nostalgii, owszem, ale miała też najlepsze zakończenie do tej pory, podsumowywała czas spędzony z naszymi ulubionymi bohaterami i pokazała konsekwencje złych (i dobrych) decyzji, o których dowiedzieliśmy się jeszcze w trakcie DBZ. W Dragon Ball Super tego nie ma. Jest jeszcze kilka rzeczy, które można by było przeanalizować dogłębnie, ale nie ma to sensu, bo wpis wydłuży się o kolejnych kilka stron.
![]() |
| Dzięki Potara, Zamasu i Black łączą się w super potężnego boga z aureolą... |
Jeśli macie wybór – nadrabiajcie DBS mangą. Fabuła jest oczywiście nadal ta sama, ale w przeciwieństwie do poprzednich serii, jest zupełnie inna od anime pod wieloma względami. Toyataro robi wszystko, aby tylko wybrnąć z tych głupot, które wymyślił Toriyama. Przedstawia wszystko po swojemu i całość ma więcej sensu, o dziwo. Co jednak lepsze, niektóre rzeczy są wyjaśnione w mandze, a w anime w ogóle o nich nie wspomniano. Jest np. przedstawiona walka pomiędzy Future Trunksem a Daburą, co w serialu kompletnie olano. No właśnie, może problemem jest silenie się na nową fabułę.
![]() |
| Screen z www.gexe.pl |
Od jakiegoś czasu zbierałem się pisać recenzję Dragon Ball Z: Battle of Z na PS3, ale za nic w świecie nie mogłem zmusić się do skończenia tego tekstu. W trakcie pisania co rusz zdawałem sobie sprawę z tego, że zwyczajnie nie chcę dzielić się z wami swoimi przeżyciami. Nie podoba mi się ta gra i nie chcę o niej myśleć, ani nikomu zawracać nią głowy – chyba, żeby komuś ją odradzić. Cały tekst mogę streścić do nieklimatycznej adaptacji, mało dynamicznych i głupich walk, oraz niepotrzebnie i przesadnie skomplikowany interfejs. I w takich chwilach lubię sobie wspominać swoją pierwszą styczność z grą z uniwersum Smoczych Kul, produkcji wtedy niedocenionej tak do końca przeze mnie, a jednak przy której spędziłem mnóstwo czasu. Tak jak i połowa osiedla.
![]() |
| Fragment grafiki promocyjnej Sagi Universe 6. Całość tutaj. |
Zapraszam na kolejny odcinek mojej dość dogłębnej analizy Dragon Ball Super. Jeżeli trafiłeś wcześniej na mojego bloga, prawdopodobnie wiesz, że niespecjalnie przypadła mi do gustu ta seria. Poprzednie dwie sagi opowiadały już znaną nam historię z najnowszych filmów kinowych, z dodatkowymi scenami i wyjaśnieniami i próbą naprawienia niektórych głupot. Tym razem mamy do czynienia z Universe 6 Saga, kompletną nowością, co pozwala mieć nadzieje, że teraz dostaniemy coś na przynajmniej przyzwoitym poziomie, bez poczucia obrażenia inteligencji widza. Głównym powodem mojej niechęci do Super jest po prostu kretyńska fabuła, która tak naprawdę psuje wszystko co ma nastąpić w późniejszych wydarzeniach. Do tego dochodzi wtórność, paskudne animacje i kreska i brak klimatu, za który tak bardzo kochaliśmy DBZ.
I ponownie nie wiem co mam o tym wszystkim sądzić.
![]() |
| Fragment grafiki promocyjnej drugiej sagi Dragon Ball Super. Całość znajdziecie tutaj. |
Od jakiegoś czasu czuję dziwną niechęć do uniwersum Smoczych Kul. Jak ostatnio pisałem, Kami to Kami było koszmarnym błędem, zaś pierwsza saga anime bazowana na tej kinówce okazała się być niewiele lepsza. Niespecjalnie zachwycił mnie też film Fukkatsu no F, który zrecenzowałem kilka miesięcy temu. Siłą rzeczy, nic nie motywowało mnie do dalszej batalii z Dragon Ball Super, a wiem, że dużo osób zrezygnowało z oglądania tego anime już po kilku pierwszych odcinkach. Nie dziwię im się. Jednakże mój upór i fascynacja Dragon Ballem od lat szczenięcych nie daje mi spokoju. Muszę obejrzeć przynajmniej jedną oryginalną sagę DBS, a to oznacza ponowne przebrnięcie przez wskrzeszenie Freezy. Ale przecież nie może być gorzej niż w Battle of Gods, prawda? Faktem jest, że w wersji serialowej poprawili kilka rzeczy względem pierwowzoru, stąd przysiadłem do kolejnych kilkunastu odcinków z nadzieją na "lepsze jutro". Ku mojemu zaskoczeniu, zaczęło się całkiem dobrze.
![]() |
| Oficjalny plakat Dragon Ball Super. Boli mnie sposób wygięcia ręki Goku. |
Po raz kolejny zabrałem się za nowinkę uniwersum DB z opóźnieniem i po raz kolejny miałem swoje powody do tego. Również tym razem było to zwątpienie w jakość najnowszego tworu spod znaku Smoczych Kul, obawa przed wielkim zawodem i zniechęceniem do całej marki już do reszty życia. Smutne rzeczy przychodzą mi do głowy z okazji 30. rocznicy anime (Dragon Ball ma 32 lata, anime zaczęto produkować dwa lata później), ale ponownie nie bez powodu. Najpierw srogo zawiodłem się Kami to Kami, później Fukkatsu no F okazało się być niewiele lepsze, a na dobicie poczęstowałem się szczyptą Extreme Butoden na 3DSa. Najmniejszym złem z tej listy okazał się być piętnasty film kinowy pod znakiem Z, co wcale nie czyni go czymś dobrym. Zapoznaniu się z DB Super nie pomagał fakt, że seria ta adaptuje najpierw wspomniane dwa filmy, jedne z najsłabszych z całego uniwersum (Kami to Kami oceniam najniżej ze wszystkich, oprócz okropnego Episode of Bardock). Zauważyłem jednak odczuwalny brak nostalgicznych krzyków z telewizora w moim życiu. Nie raz było tak, że ku pokrzepieniu włączałem sobie, któryś ze starych odcinków lub dobrych kinówek. Po pierwszym obejrzeniu Kami to Kami musiałem zaleczyć się za pomocą History of Trunks. Jak to jest, że akurat specjały są najlepsze? Widać jednak jestem w mniejszości. Felerna "czternastka" przebiła kilkukrotnie oczekiwania finansowe twórców, jednoznacznie dając im do zrozumienia, że takiego Dragon Balla chcą fani.
![]() |
| Autorem grafiki jest buang. Źródło. |
9 maja to oficjalnie w Japonii dzień Goku! Dlaczego? Pięć (五) wymawia się jako "go", zaś dziewięć (九) jako kyū. Decyzja o takiej celebracji zapadła dokładnie rok temu. Jak ją uczcić? Na pewno obejrzeć coś dobrego i klasycznego z uniwersum Smoczych Kul, albo zagrać jedną z wielu gier. Albo jedno i drugie. Ja akurat z tej okazji przypominam sobie Dragon Ball: Origins 2. Doskonale zdaję sobie sprawę, że pierwsza część to najlepszych nie należy, ale "dwójkę" wspominam bardzo ciepło. Cieszę się, że czasami twórcy tworzą coś innego niż mordoklepa z tysiącem postaci do wyboru. Jako, że stare poczciwe DB było początkowo zabawną przygodą, dlaczego by do tego nie wrócić?
![]() |
| Fragment zachodniej okładki. |
Nie dzieje się ostatnio zbyt dobrze w świecie Smoczych Kul. Mam tu na myśli markę, a nie uniwersum gry, niestety. To co jest wypluwane na rynek nie spełnia oczekiwań, często partaczone są nawet rzeczy podstawowe. XenoVerse podobno jakoś sobie radzi, sam jednak nie mam siły się do niego przekonać. Nintendo 3DS dostało bijatykę (co rzadko wychodzi dobrze na sprzętach przenośnych) w tym DB i faktycznie nie wyszło to też dobrze. Szczerze przyznam, że po sprawdzeniu dema odechciało mi się interesować tą grą. A na podsumowanie oglądałem Fukkatsu no "F"... Kiedyś takie rzeczy były nie do pomyślenia. Nie potrafiliśmy sobie wyobrazić, żeby coś z przygodami Goku i ferajny było kiepskie. Postanowiłem troszkę zaleczyć smutki czymś dobrym, ale już "retro". Mowa tutaj o bijatyce turowej Dragon Ball Z: Attack of the Saiyans, które wyszło tylko na Nintendo DS.
![]() |
| Grafika promocyjna filmu. |
W 2013 roku legenda powróciła. Toei Animation wydało czternasty film spod znaku Smoczych Kul, który dostał podtytuł Kami to Kami (Battle of Gods). Okazało się, że sprzedaż i popularność filmu przekroczyła oczekiwania twórców. W takim przypadku kwestią czasu było dalsze dojenie złotej krowy. Legenda odżyła dzięki nowym bohaterom, a także nowej oprawie audiowizualnej. W taki sposób 18 kwietnia 2015 roku dostaliśmy film Dragon Ball Z: Fukkatsu no F (Revival "F") oraz zupełnie nową serię anime pt. Dragon Ball Super. Tajemniczy tytuł pierwszego od samego początku nie był specjalnie tajemniczy – Akira Toriyama chciał wskrzesić kosmicznego tyrana o imieniu Freeza.
Kami to Kami to moim zdaniem jeden z najgorszych tworów jakie Smocze Kule wypluły na świat. Wszystko w tym filmie było złe. Zapowiadało się, że z najnowszym będzie podobnie. Nie macie pojęcia, jak bardzo obawiałem się to oglądać. Dlatego też zabrałem się za to dopiero teraz. Tyle czasu potrzebowałem na zebranie sił, aby przez to przebrnąć.
Polecany post
Seria nieporozumień w Gravity Rush [PS Vita]
Pamiętacie jak jakiś czas temu napisałem Wam wielką wspominkę o tym jak bardzo potrzebne jest mi PSP i trafia do mnie bardziej niż Vita? ...
Top 10
Chmura tagów
3DS
Anime
Atlus
Batman
DBS Card Game
DC Comics
Dragon Ball
DS
Dziennik
Felietony
Filmy
Gry
Kingdom Hearts
Komiksy
Konsole
Marvel
Metal Gear Solid
Metroid
MGS
Monster Hunter
Nintendo
PC
Persona 5
PlayStation
Pokemon
Przeciętniaki
PSP
Recenzja
Seriale
Sony
Spider-Man
Square Enix
Switch
The Legend of Zelda
Ubisoft
Wii
Wii U
X-Men
Xeno
Obsługiwane przez usługę Blogger.

























